
Święta to magiczny czas - jeszcze do niedawna głosiły zewsząd masowe media i miały rację. W końcu tylko prawdziwy Grinch nie ulegnie tej pachnącej piernikami i drzewkami choinkowymi atmosferze Bożego Narodzenia. W tym okresie zwykle zapominamy o wszelkim smutku - chcemy się cieszyć i po prostu dobrze bawić. Jest to jak najbardziej zdrowy i dobry odruch jednakże w całym tym radowaniu nie możemy zapominać, że zło istnieje... Myślę, że w tym magicznym okresie zdecydowanie łatwiej jest nam z nim walczyć: przekazujemy datki, przygotowujemy paczki, angażujemy się w rozmaite akcje i nagle pojawia się historia taka jak Życie na miarę, opowiadająca o złu konsumpcjonizmu... a przecież to właśnie to zjawisko dopina naszą świąteczną atmosferę na ostatni guzik. Pojawia się impas.
Jedna tragedia to zbyt mało?
W 2013 roku, w bangladeskiej Szabharze runął budynek, który od lat budził lęk pracowników - Rana Plaza. Świat pogrążył się w rozpaczy czekając na wieści o stanie osób, które ugrzęzły pod gruzami fabryki. W Bangladeszu pojawiło się mnóstwo dziennikarzy, tworzących relacje z miejsca tragedii, w tym Polak Marek Rabij. Sytuacje w ogarniętym trwogą Bangladeszu zrelacjonował na łamach Newsweeka, w artykule "Bangladesz: krew, pot i łzy." Rok później, kiedy emocje opadły, a świat na moment pogrążony w refleksji powrócił do konsumpcyjnego biegu, Marek Rabij wraca do ojczyzny Rana Plaza aby przyjrzeć się dokładniej trudnej sytuacji mieszkańców kraju - głównie pracowników szwalni odzieżowych. Podróż dziennikarza, informacje jakie zdobył zostały opisane w przejmującym reportażu, trafnie zatytułowanym: "Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo."
Świat z jakim zetknął się Marek Rabij, a następnie opisał w swojej książce jest światem absurdów. Przemysł odzieżowy ulokowany w krajach wolno rozwijających się przypomina nieco rzeczywistość Procesu Franza Kafki - teoretycznie odbiorca rozumie, co autor chce przekazać lecz w praktyce nie dostrzega sensu wydarzeń. I o ile słynny Józef K. był postacią fikcyjną, o tyle chory świat przedstawiony w reportażu dziennikarza istnieje naprawdę... Już na wstępie uderza nas wypowiedź jednego z właścicieli fabryki - "Albo jesteś lubiany albo efektywny" (a że w fabrykach nie przysługuje nawet zwolnienie lekarskie ani jakiekolwiek inne; może przez dwa dni zwierzchnik nie będzie szukać nikogo na twoje stanowisko, ale po tygodniu w fabryce nie będzie dla ciebie miejsca, no chyba że zstąpisz innego chorowitego nieszczęśliwca) więc pracownicy zdecydowanie bardziej wolą być efektywni niż lubiani. Jednakże pomiędzy mieszkańcami wyspy czyli mówiąc wprost slumsów istnieje pewna solidarność - tu każdy sobie pomaga, nie możesz odmówić sąsiadowi pomocy pieniężnej nawet jeśli sam cierpisz na braki; bo kto wie może jutro, kiedy to ty będziesz umierać z głodu nikt nie pomoże tobie. Na wyspie po prostu nie ma ludzi biednych i biedniejszych, jak mówią sami mieszkańcy lepiej żyć honorowo niż liczyć sam na siebie.
Notabene wyspa wcale nie jest najgorszą, możliwą dzielnicą - największa biedota żyje przy torach kolejowych, dopiero te rejony określa się w Bangladeszu mianem slamsów: tu domy zbudowane są ze śmieci i odpadów, usztywniane kokosami by podmuch wiatru stworzonego przez pociąg nie zmiótł domostwa. Mieszkańcy twierdzą ze stolica kraju jest jak kran z zepsutym odpływem to znaczy zapycha się - przestrzeń całego miasta równa się wielkości Krakowa, ale już ilość mieszkańców stanowi 1/3 populacji całej Polski. Nic więc dziwnego, że z braku przestrzeni mieszkańcy slumsów moszczą się na torach - na przykład kiedy gotują posiłek. Rocznie wiele osób traci w ten sposób życie, pociąg nadjeżdża zbyt szybko by zawsze zareagować w porę. W slamsach co druga osoba może być analfabetą, większość zaś uzależniona jest od narkotyków i innych używek.
Znaczna część bangladeskiej społeczności znajduje zatrudnienie w fabrykach. Warunki pracy często okazują się fatalne. Efektywna praca jest po prostu niemożliwa właściciel fabryki, co prawda wymienia sprzęt i "unowocześnia" szwalnie jednakże często o maszyny z Chin wysłużone dobre czternaście lat - w tym wypadku prosty szew brzmi co najmniej niewiarygodnie. A co najgorzej w takich warunkach naprawdę nie trudno o wypadek. Pożary zdarzają się w fabrykach na porządku dziennym, kiedy jedna z nich stanęła w płomieniach zaniepokojeni pracownicy zostali uwięzieni w salach przy maszynach. Nadzorcy usprawiedliwiali się, że do zamknięcia drzwi doszło przed pożarem, bowiem właściciel nakazał wyrobienie dniówki po godzinach, ale pracownicy zaprzeczają - zamknięto ich kiedy poczuli swąd dymu, uważają że był to zabieg celowy, aby można było bezpiecznie wynieść towar z płonącego budynku... był on bowiem cenniejszy niż ludzkie życie.
Największym absurdem jest jednak naiwność ludzi zachodu - światowe organizacje chełpią się walką z zatrudnieniem nieletnich, po interwencji w jednej z fabryk cieszą się z poprawy suchych statystyk, ale nikt już nie myśli o losie dziecka, które nagle nie stać nawet na miskę najpodlejszego ryżu. Sam kontrahent również nie chce kłopotów, zwłaszcza po tym co zdarzyło się w Rana Plaza, tak więc właściciele fabryk wymyślili tzw. fabryki potiomkinowskie - czyste, wyposażone w drogi ewakuacyjne, gaśnice, brak nieletnich pracowników, ale że koszty produkcji w takim miejscu byłyby znacznie wyższe (a przecież nie o to chodzi kontrahentowi) dlatego super fabryki zlecają zadanie podfabrykom, które wyglądają już znacznie gorzej, ale za to cena usatysfakcjonuje kontrahenta, który teoretycznie nie ma o niczym pojęcia - sam nie pyta o stan fabryki, w końcu ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Świat zachodu, który ujrzy azjatycki koszmar odzieżowy podnosi alarm i bunt, zarzeka się, że już nie będzie kupował w tanich sieciówkach, gdzie każde ubranie opieczętowane jest informacją MADE IN BANGLADES... Z naszej pięknej Europy taki postęp uważa się za godny pochwały, ale z punktu widzenia pracowników fabryk już nie bardzo, bowiem odbieramy im źródło dochodu. Tak naprawdę rozwiązanie tej patowej sytuacji wydaje się niemożliwe i chyba to boli najbardziej. Nie mniej serdecznie polecam reportaż Marka Rabij, ja dosłownie pochłonęłam tę szokującą relację, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Książkę przeczytałam w sierpniu, obecnie rozpoczął się styczeń, a ja wciąż mam w głowie koszmarne historie przytoczone w reportażu napisanym z największą, dziennikarską starannością. Wielkie uznanie za poruszenie tak istotnego tematu i pokazanie go z różnych stron, nie tylko pozornego humanitaryzmu. Lektura zdecydowanie warta uwagi.
Fotografia we wpisie: wykonana przy pomocy strony Canva
Świat z jakim zetknął się Marek Rabij, a następnie opisał w swojej książce jest światem absurdów. Przemysł odzieżowy ulokowany w krajach wolno rozwijających się przypomina nieco rzeczywistość Procesu Franza Kafki - teoretycznie odbiorca rozumie, co autor chce przekazać lecz w praktyce nie dostrzega sensu wydarzeń. I o ile słynny Józef K. był postacią fikcyjną, o tyle chory świat przedstawiony w reportażu dziennikarza istnieje naprawdę... Już na wstępie uderza nas wypowiedź jednego z właścicieli fabryki - "Albo jesteś lubiany albo efektywny" (a że w fabrykach nie przysługuje nawet zwolnienie lekarskie ani jakiekolwiek inne; może przez dwa dni zwierzchnik nie będzie szukać nikogo na twoje stanowisko, ale po tygodniu w fabryce nie będzie dla ciebie miejsca, no chyba że zstąpisz innego chorowitego nieszczęśliwca) więc pracownicy zdecydowanie bardziej wolą być efektywni niż lubiani. Jednakże pomiędzy mieszkańcami wyspy czyli mówiąc wprost slumsów istnieje pewna solidarność - tu każdy sobie pomaga, nie możesz odmówić sąsiadowi pomocy pieniężnej nawet jeśli sam cierpisz na braki; bo kto wie może jutro, kiedy to ty będziesz umierać z głodu nikt nie pomoże tobie. Na wyspie po prostu nie ma ludzi biednych i biedniejszych, jak mówią sami mieszkańcy lepiej żyć honorowo niż liczyć sam na siebie.
Domy z odpadów
Notabene wyspa wcale nie jest najgorszą, możliwą dzielnicą - największa biedota żyje przy torach kolejowych, dopiero te rejony określa się w Bangladeszu mianem slamsów: tu domy zbudowane są ze śmieci i odpadów, usztywniane kokosami by podmuch wiatru stworzonego przez pociąg nie zmiótł domostwa. Mieszkańcy twierdzą ze stolica kraju jest jak kran z zepsutym odpływem to znaczy zapycha się - przestrzeń całego miasta równa się wielkości Krakowa, ale już ilość mieszkańców stanowi 1/3 populacji całej Polski. Nic więc dziwnego, że z braku przestrzeni mieszkańcy slumsów moszczą się na torach - na przykład kiedy gotują posiłek. Rocznie wiele osób traci w ten sposób życie, pociąg nadjeżdża zbyt szybko by zawsze zareagować w porę. W slamsach co druga osoba może być analfabetą, większość zaś uzależniona jest od narkotyków i innych używek.
Człowieczeństwo vs pieniądz?
Znaczna część bangladeskiej społeczności znajduje zatrudnienie w fabrykach. Warunki pracy często okazują się fatalne. Efektywna praca jest po prostu niemożliwa właściciel fabryki, co prawda wymienia sprzęt i "unowocześnia" szwalnie jednakże często o maszyny z Chin wysłużone dobre czternaście lat - w tym wypadku prosty szew brzmi co najmniej niewiarygodnie. A co najgorzej w takich warunkach naprawdę nie trudno o wypadek. Pożary zdarzają się w fabrykach na porządku dziennym, kiedy jedna z nich stanęła w płomieniach zaniepokojeni pracownicy zostali uwięzieni w salach przy maszynach. Nadzorcy usprawiedliwiali się, że do zamknięcia drzwi doszło przed pożarem, bowiem właściciel nakazał wyrobienie dniówki po godzinach, ale pracownicy zaprzeczają - zamknięto ich kiedy poczuli swąd dymu, uważają że był to zabieg celowy, aby można było bezpiecznie wynieść towar z płonącego budynku... był on bowiem cenniejszy niż ludzkie życie.
Największym absurdem jest jednak naiwność ludzi zachodu - światowe organizacje chełpią się walką z zatrudnieniem nieletnich, po interwencji w jednej z fabryk cieszą się z poprawy suchych statystyk, ale nikt już nie myśli o losie dziecka, które nagle nie stać nawet na miskę najpodlejszego ryżu. Sam kontrahent również nie chce kłopotów, zwłaszcza po tym co zdarzyło się w Rana Plaza, tak więc właściciele fabryk wymyślili tzw. fabryki potiomkinowskie - czyste, wyposażone w drogi ewakuacyjne, gaśnice, brak nieletnich pracowników, ale że koszty produkcji w takim miejscu byłyby znacznie wyższe (a przecież nie o to chodzi kontrahentowi) dlatego super fabryki zlecają zadanie podfabrykom, które wyglądają już znacznie gorzej, ale za to cena usatysfakcjonuje kontrahenta, który teoretycznie nie ma o niczym pojęcia - sam nie pyta o stan fabryki, w końcu ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Świat zachodu, który ujrzy azjatycki koszmar odzieżowy podnosi alarm i bunt, zarzeka się, że już nie będzie kupował w tanich sieciówkach, gdzie każde ubranie opieczętowane jest informacją MADE IN BANGLADES... Z naszej pięknej Europy taki postęp uważa się za godny pochwały, ale z punktu widzenia pracowników fabryk już nie bardzo, bowiem odbieramy im źródło dochodu. Tak naprawdę rozwiązanie tej patowej sytuacji wydaje się niemożliwe i chyba to boli najbardziej. Nie mniej serdecznie polecam reportaż Marka Rabij, ja dosłownie pochłonęłam tę szokującą relację, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Książkę przeczytałam w sierpniu, obecnie rozpoczął się styczeń, a ja wciąż mam w głowie koszmarne historie przytoczone w reportażu napisanym z największą, dziennikarską starannością. Wielkie uznanie za poruszenie tak istotnego tematu i pokazanie go z różnych stron, nie tylko pozornego humanitaryzmu. Lektura zdecydowanie warta uwagi.
Czytałeś/aś reportaż, jaki wrażenia po lekturze?
Fotografia we wpisie: wykonana przy pomocy strony Canva












