
Nowy rok.
Nie potrafię pojąć w jak zawrotnym tempie minęło tych dwanaście miesięcy. Robię w głowie małe podsumowanie i widzę te wszystkie ważne momenty jak slajdy znikające sekunda po sekundzie. Gdybym miała jakoś określić, nazwać ten czas, powiedziałbym, że rok 2017 był rokiem spełnionych marzeń. Zamknęłam jeden z ważniejszych rozdziałów w życiu, otworzyłam kolejne. Zrobiłam rzeczy o jakich marzyłam dobre osiem lat, w większości dopięłam swego. Z zadowoleniem patrzę wstecz choć momentami bliska byłam obłędu. Musiałam wykrzesać wiele sił, poddać swą determinację gigantycznej próbie. Aż ciśnie mi się na usta zdanie, ze słowem ukochanym przez nasz naród: to był rok na pełnej...
Dojrzałam, dorosłam
Dziewiętnasty rok życia postawił mnie do pionu i jestem mu za to wdzięczenia. Na dobre zostawiłam za sobą okres nastoletniej fascynacji listami Wertera i monologami Hamleta, spojrzałam na świat przez inne okulary. Co prawda w wieku dwudziestu lat jeszcze nie czuję się upoważniona do mówienia o sobie per dorosła, ale wiem, że zasługuję na to określenie coraz bardziej.
Skończyłam szkołę średnią. W styczniu zaliczyłam studniówkę, ubrana w cudowną sukienkę, która skradła moje serce. Pod koniec kwietnia wręczono mi świadectwo, a w maju nadeszło to czego obawiałam się przez połowę życia: matura. Zmierzyłam się z trzema egzaminami z języka ojczystego i angielskiego, zdawałam także matematykę, wos oraz historię. Ustny polski zaliczyłam na 100% sięgając po Dżumę autorstwa Alberta Camusa oraz Mustanga w reżyserii Deniz Gamze Ergüven. U schyłku czerwca z dudniącym sercem zalogowałam się na serwer, który przekazał mi dobre wieści: zdałam maturę. 30 czerwca późnym popołudniem odebrałam świadectwo dojrzałości i raz na zawsze zamknęłam za sobą drzwi znienawidzonego liceum. Następnie pojechałam na naleśniki.

W 2017 roku nadszedł także moment wyboru szkoły wyższej. 17 marca, na cudownym Uniwersytecie Warszawskiem napisałam ostatni etap Olimpiady Wiedzy o Mediach, a kilka godzin później szłam w deszczu po Krakowskim Przedmieściu z błogą myślą: wygrałam indeks na studia dziennikarskie. Choć szczęście było ogromne wiedziałam, że nie jest to już kierunek dla mnie. Nauka do olimpiady pokazała mi jak bezużyteczna dla zawodu wiedza kryje się pod dumnie brzmiącą nazwa: dziennikarstwo i komunikacja społeczna.

Niemal do końca wahałam się pomiędzy elitarnym prawem, a wymarzoną od czasów gimnazjum komunikacją wizerunkową. Finalnie m się na podpowiedź serca i od października studiuję na tak zwanym komwizie, za miesiąc zaczynam specjalizację: branding. Na dzień dzisiejszy jestem bardzo zadowolona ze swojego wyboru, zafascynowana kierunkiem i branżą.
Dziecko marzyło
Spełniłam dwa wielkie marzenia z czasów dzieciństwa. Odkąd pamiętam pragnęłam zrobić tatuaż. Naklejałem na ciało naklejki, rysowałam coś długopisem i zarzekałam się, że kiedyś na pewno dam się wydziarać. Na początku 2017 roku zrobiłam pierwszy tatuaż, a potem jeszcze dwa kolejne. Fenix nad łopatką, mustang na przedramieniu i cytat pod obojczykiem – wszystko po prawej stronie ciała. Choć od pierwszego tatuażu mija prawie rok ja wciąż jestem w nim tak samo zakochana jak w dniu zrobienia.

O walkach zaczęłam marzyć gdy po raz pierwszy zobaczyłam Angeline Jolie w Pan i pani Smith, miałam wtedy dwanaście lat. Petarda! Świecącymi oczami obserwowałam jak Jane Smith wymierza ciosy i myślałam o tym jak cudowna musi być to umiejętność. Jednak kiedy doszło co do czego i zdecydowałam się zrobić ten krok byłam już tylko przerażona. W dzień pierwszego treningu chodziłam po domu zestresowana i zesztywniała zastanawiając się czy nie odwołać lekcji. Na szczęście tego nie zrobiłam.
Pół roku później jestem już uzależniona od nowej pasji. Czasem gdy zasypiam szumi mi w głowie: bardziej skręć nogę podporową, bez przeprostu, wyrzuć rękę do końca i od razu do gardy, rotuj nadgarstek. Pojawiają się głownie te punkty, które potrzebują korekty, chyba mój mózg robi szybką analizę na przyszłość. Prawdę mówiąc jeszcze nic w życiu nie dało mi tak dzikiej satysfakcji jak sztuki walki. Uwielbiam tarczowanie, uwielbiam trzask rękawic i prąd płynący od dłoni do barków. Totalne oczyszczenie.

Na walizkach
Pod względem podróży był to bardzo jałowy rok. Dwa kilkudniowe wypady do Warszawy i połowa sierpnia spędzona na Malcie. Wyspa mnie rozczarowała swoim surowym krajobrazem przypominającym obraz powojennego świata, ale naładowała także porządną dawką letniego słońca i soku ze świeżych pomarańczy.
Prawdę mówiąc nie czuję nawet smutku i rozczarowania z powodu tak skromnych podróżniczo miesięcy... Nie miałabym siły na większą ilość pakowania, koczowania na lotnisku czy nawet poznawania nowych zakątków świata. Potrzebowałam innego rodzaju odpoczynku i cieszę się, że udało mi się go zdobyć. Zresztą liczę, że w 2018 roku wszystko sobie odbiję.

Nie zgubić się w celu
W 2017 roku opublikowałam niespełna dwadzieścia wpisów. Przez pierwszą połowę roku nie miałam czasu na pisanie, a w kolejnych miesiącach zabrakło serca do blogowania. Długo zastanawiałam się co jest przyczyną tej nagłej stagnacji, aż w końcu zrozumiałam, że zgubiłam się we własnych celach...
Zaczęłam prowadzić bloga dla własnej przyjemności i tak naprawdę nigdy nie oczekiwałam od tego miejsca niczego więcej. Pochłonął mnie świat social mediów. Zginęłam pod warstwą pracy około blogowej i tak naprawdę nie starczało mi czasu i siły na to co najważniejsze – na pisanie. W nowy rok wchodzę mądrzejsza o tę lekcje.
Chciałabym publikować wpisy raz na tydzień. To idealny czas by przygotować wartościowy wpis zamiast kilka zapchaj dziur. Mam nadzieję, że w 2018 roku znów zakocham się w blogowaniu jak miało to miejsce dotychczas.

2018 rok
Na rok 2018 nie patrzę roszczeniowo. Pragnę aby był nieco spokojniejszy niż jego poprzednik aczkolwiek nie zamierzam stawać w miejscu. Mam swoją małą listę postanowień noworocznych, które mają mi pomóc rozwijać się w dwóch głównych obszarach: język angielski oraz sport. Jestem dobrej myśli.
W nowym roku pragnę życzyć Wam wszystkiego co najlepsze. Rozwijajcie się, twórzcie, działajcie, ale przede wszystkim nie dajcie się stagnacji. Mam nadzieję, że te dwanaście miesięcy będzie dla Was cudownym okresem.
A jak wyglądał Twój rok?
Fotografia we wpisie: kolekcja własna












































