KANION VERDON I POLA LAWENDY
14:27
Są na świecie takie miejsca, w których czuję się wolna. I mam tu na myśli prawdziwą wolność, a nie tę mylnie rozumianą, którą wyzwala włożenie do ust fajki czy picie na umór. Piszę o niczym nieograniczonej wolności; kiedy biegam po polach lawendy i zamiast peszyć się faktem, że trąbi na mnie motocyklista zaczynam się śmiać. Wspominam wolność, którą daje mi krzyk nad Kanionem Verdon. Będąc na jego szczycie upinam włosy najwyżej jak mogę, przewiązuję koszulę nad biodrami, chcę się choć chwilę przebiec po pustej drodze... Tak wolna jestem we Francji.
Moja mama mówi, że we Włoszech czuje się jak u siebie. To pewnie dla tego zjeździliśmy ten kraj od góry do dołu w wzdłuż i wszerz; od romantycznego Veneto po surową Umbrię, począwszy od magicznego Amalfi skończywszy na skąpanym w antyku Lacjum. W Toskanii byłam tak wiele razy, że mogłabym napisać o niej książkę. A jednak będąc tam nigdy nie poczułam, że jestem u siebie. W żadnym miejscu nie doznałam takiego olśnienia, poczucia przynależności, chęci bezwarunkowego pozostania na dłużej. Pamiętam ten ścisk kiedy statek oddalał się od zachodzącego słońca Wenecji. Pamiętam jak płakałyśmy z kuzynką kiedy samolot sunął po płycie zostawiając w dali nasze, kochane Lanzarote, na którym spędzałyśmy Boże Narodzenie. Jednak najbardziej bolą mnie powroty z Francji. Zupełnie jakbym zostawiała cząstkę siebie prawie dwa tysiące kilometrów od miejsca, w którym mieszkam. Kocham skąpaną w słońcu Nice, kocham przepych graniczącego z Francją Monaco, kocham wąskie ulice Villefranche - Sur - Mer, kocham ociekające artyzmem Eze. A tym razem pokochałam miejsca, w których przynależność odnalazła towarzystwo wolności.

Moja mama mówi, że we Włoszech czuje się jak u siebie. To pewnie dla tego zjeździliśmy ten kraj od góry do dołu w wzdłuż i wszerz; od romantycznego Veneto po surową Umbrię, począwszy od magicznego Amalfi skończywszy na skąpanym w antyku Lacjum. W Toskanii byłam tak wiele razy, że mogłabym napisać o niej książkę. A jednak będąc tam nigdy nie poczułam, że jestem u siebie. W żadnym miejscu nie doznałam takiego olśnienia, poczucia przynależności, chęci bezwarunkowego pozostania na dłużej. Pamiętam ten ścisk kiedy statek oddalał się od zachodzącego słońca Wenecji. Pamiętam jak płakałyśmy z kuzynką kiedy samolot sunął po płycie zostawiając w dali nasze, kochane Lanzarote, na którym spędzałyśmy Boże Narodzenie. Jednak najbardziej bolą mnie powroty z Francji. Zupełnie jakbym zostawiała cząstkę siebie prawie dwa tysiące kilometrów od miejsca, w którym mieszkam. Kocham skąpaną w słońcu Nice, kocham przepych graniczącego z Francją Monaco, kocham wąskie ulice Villefranche - Sur - Mer, kocham ociekające artyzmem Eze. A tym razem pokochałam miejsca, w których przynależność odnalazła towarzystwo wolności.
Lawendowe pola
Zawsze chciałam zobaczyć pola lawendy. Wróć; zapragnęłam tego w chwili, w której dowiedziałam się, że istnieje opcja chwilowego podelektowania się ich widokiem. Dziwnie bym się czuła spędzając wakacje w Monaco i nie zaglądając przy tym do Francji. To tak jakby zjeść z ciasta samą kruszonkę... Nie twierdzę, że w dzieciństwie tego nie robiłam, ale pewnego dnia przychodzi taki etap kiedy wciąga się już cały kawał. I tak też jest z podróżami, im człowiek starszy tym przestaje zadowalać go sama "kruszonka" i zaczyna szukać kolejnych atrakcji. Kiedy wpiszecie w wyszukiwarkę słowo "Prowansja" wyskoczy Wam kilka zdjęć i zapewne jedno w jedno będzie z dumą tonęło we fiolecie lawendy. Niestety poszukiwania w praktyce różnią się od tych w teorii i choć wjechaliśmy na teren cudnej Prowansji to lawendy jak nie było tak nie ma. Należy dodatkowo zaznaczyć, że ta roślina kwitnie głównie w okolicach maja, więc istniało ryzyko, że zamiast ociekających fioletem pól ujrzymy martwe stronki. Godzina, dwie, masa pięknych widoków za nami i w końcu moim oczom ukazał się klasyczny, prowansalski obrazek.
Zawsze chciałam zobaczyć pola lawendy. Wróć; zapragnęłam tego w chwili, w której dowiedziałam się, że istnieje opcja chwilowego podelektowania się ich widokiem. Dziwnie bym się czuła spędzając wakacje w Monaco i nie zaglądając przy tym do Francji. To tak jakby zjeść z ciasta samą kruszonkę... Nie twierdzę, że w dzieciństwie tego nie robiłam, ale pewnego dnia przychodzi taki etap kiedy wciąga się już cały kawał. I tak też jest z podróżami, im człowiek starszy tym przestaje zadowalać go sama "kruszonka" i zaczyna szukać kolejnych atrakcji. Kiedy wpiszecie w wyszukiwarkę słowo "Prowansja" wyskoczy Wam kilka zdjęć i zapewne jedno w jedno będzie z dumą tonęło we fiolecie lawendy. Niestety poszukiwania w praktyce różnią się od tych w teorii i choć wjechaliśmy na teren cudnej Prowansji to lawendy jak nie było tak nie ma. Należy dodatkowo zaznaczyć, że ta roślina kwitnie głównie w okolicach maja, więc istniało ryzyko, że zamiast ociekających fioletem pól ujrzymy martwe stronki. Godzina, dwie, masa pięknych widoków za nami i w końcu moim oczom ukazał się klasyczny, prowansalski obrazek.
Ledwo wysiadłam z samochodu, a już dopadła mnie ekscytacja. Nagle przed człowiekiem rozciąga się krajobraz, który widział na tak wielu fotografiach, a teraz stoi tu sam, wpatrzony w fioletową przestrzeń i czuje intensywną woń lawendy. Bez większego zastanowienia władowałam się w pole z głośnym apelem "Chcę zdjęcia". Nie ważne co z nimi zrobię, nie ważne, że lawendowa sesja zda mi się na nic skoro nie prezentuję tu żadnych stylizacji, liczy się tylko fakt, że chcę mieć wspomnienie siebie wśród pokładu fioletu. Nie umiem profesjonalnie pozować, zaraz zaczynam się śmiać i śmiał się ze mnie także przejeżdżający motocyklista, zatrąbił przyjaźnie. Bo w końcu kogo nie rusza lawenda, prawda?

Drugim etapem naszego jednodniowego skoku w bok do Francji było odnalezienie Kanionu Verdon. Odkąd moje kuzynki dowiedziały się, że spędzam tegoroczne wakacje w Monaco zaczęły mnie nakłaniać do spędzenia dnia ze wzrokiem wlepionym w to cudo natury. Wszystkie zdjęcia prezentujące kanion po prostu zapierały dech w piersiach, toteż nie mogłam pozostać obojętna na takie widoki. Wsiedliśmy w samochód, poinformowaliśmy nawigację o naszych planach i ruszyliśmy w drogę. Kanion wydawał się być niedaleko, więc zabraliśmy ze sobą tylko jedną butelkę wody i paczkę sezamków. Oczywiście los lekko zniwelował nasze plany, bo zamiast dotrzeć do wypożyczalni rowerków wodnych kręciliśmy się w kółko wśród kanionu, z prawie pustą butelką już ciepłej i wygazowanej wody. Sezamki zniknęły w mgnieniu oka, a głód zaczął zaglądać tam gdzie ma w zwyczaju. Zaczęłam czuć narastającą falę frustracji, a po głowie chodziła mi już tylko kwestia Kasi ze słynnej, polskiej komedii, Galimatias; "Tak się cieszyłam, tak się cieszyłam, że pojadę za granicę". W moim wypadku brzmiało to jednak bardziej w ten sposób: "Tak się cieszyłam, tak się cieszyłam, że popływam na rowerku." I kiedy powtarzałam to sobie w kółko niczym mantrę moim oczom ukazało się miejsce tak bardzo magiczne, że aż zapragnęłam krzyczeć.
Zatrzymaliśmy samochód przy pozornie zwyczajnej drodze by przyjrzeć się widokowi z bliska. W pierwszym odruchu nie wiedziałam co robić; fotografować, pozować, biec po opustoszałym rozdrożu czy w spokoju chłonąć tę chwilę. Nagle dziewczyna z miasta poznała uroki natury, coś niesamowitego. Krzyknęłam sobie krótkie juhu!, które powędrowało na snapchata. Znajomi wysyłali do mnie wiadomości wyrażające ich zdziwienie; Przecież ty nie krzyczysz - pisali. Owszem, ale w tym momencie jak nigdy zawładnęło mną uczucie wolności.



Widok z góry na Kanion Verdon zauroczył mnie na tyle, że nawet przestałam marudzić za rowerem wodnym. Machnęłam ręką myśląc Innym razem, w końcu nadal snuję plany powrotu na Lazurowe Wybrzeże. Zaczęliśmy, więc powoli kierować się w stronę Monaco. Doskwierał nam głód, zmęczenie, godzina robiła się coraz późniejsza, a nas czekała jeszcze długa droga powrotna. Wsiedliśmy, więc do samochodu i zaczęliśmy kierować się w dół kanionu. Ot zainteresował nas jeszcze tylko jeden zjazd. Pięć minut w tę czy w tamtą nie robiło właściwie różnicy, więc ufając słowom Przemysława Gintrowskiego, który śpiewał "Coś być musi za zakrętem" postanowiliśmy zaryzykować i sprawdzić. Przed nami rozpościerała się właśnie wypożyczalnia rowerów wodnych.
Eureka, chciałoby się rzec zważywszy, że nasze odkrycie podobnie jak i Archimedesa wiązało się z wodą. Machnęliśmy ręką na powrót i od razu popędziliśmy do wypożyczalni, która oferuje wiele opcji czasowych. Myśmy wahali się pomiędzy wypożyczeniem roweru na 30 lub 60 minut. O dłuższym relaksie nie było mowy zważywszy, że czekała nas prawie trzygodzinna podróż powrotna. W końcu zdecydowaliśmy się zaszaleć i wybraliśmy drugą opcję, która wyniosła nas 15 euro. Jak się później okazało słusznie, bo te pierwsze 30 minut minęło w mgnieniu oka. Sympatyczny Francuz posługując się mieszanką języka ojczystego i angielskiego poprowadził nas pomostem do naszego rowerka wodnego. "Tylko nie ten ze zjeżdżalnią" - modliłam się w duchu, gdyż nie zabrałam ze sobą kostiumu kąpielowego, a jak na prawie dorosłą osobę przystało mam wyjątkową słabość do zjeżdżalni wodnych. Pech chciał, ze dostaliśmy bardziej luksusową wersję, a ja musiałam się obejść smakiem i pozostawić tę atrakcję nietkniętą. Ulżył mi dopiero widok rdzy, która gdzie nie gdzie "zdobiła" zjeżdżalnię, co oznaczało, że i tak miałabym problem by po niej zjechać. Z kąpaniem czy bez, rowerek jest zdecydowanie dobrą decyzją. Mogliśmy podziwiać kanion od środka, moczyć nogi w wodzie i delektować niczym niezmąconym spokojem. Perfekcja w każdym calu.


......................................................................................................
Lubisz podobne wypady?
Fotografie we wpisie: kolekcja własna



17 komentarze
Ja chce na takie pole lawendy ! :D
OdpowiedzUsuńwww.clemeent.blogspot.com
Ojej jak cudownie! Chciałabym mieć blisko domu takie pole lawendy..
OdpowiedzUsuńŚpieszę donieść, że z każdym dniem obserwuję ostatnio coraz mniej trzmieli obsiadających lawendę, co ponoć wróży niestety rychły koniec lata.
OdpowiedzUsuńjejku jak pięknie, cudne zdjęcia! ;D
OdpowiedzUsuńZapraszam
unnormall.blogspot.com
a ja się uśmiecham - tak to napisałaś, ze również wywołujesz emocje :) a pola lawendy to i moje małe marzenie. świetnie napisany tekst.
OdpowiedzUsuńAle tam cudownie, zazdroszczę podróży! Szczególnie chciałabym być na polu lawendy, ale tam musi przecudownie pachniec *o*
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci bardzo :)
Jakby Cię interesowało to dodałam nowy post :)
Przepiękne miejsce! Uwielbiam lawendę :)
OdpowiedzUsuńRewelacyjny blog pełen inspiracji. Wato zaglądać regularnie.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie, Oliwia Mrozowicz.
http://oliwia-mrozowicz.blogspot.com/
Mam jedno marzenie analogiczne do Twojego. Zawsze marzyłem o spacerze przez pola słoneczników. Na szczęście są w Polsce i jestem pewien, że jeszcze będę miał okazję zobaczyć je na własne oczy.
OdpowiedzUsuńNaprawdę bardzo przyjemny wpis, jak i zdjęcia! Oby tak dalej! Pozdrowionka!
Cudowne widoki <3
OdpowiedzUsuńPiękne zdjęcia. :)
OdpowiedzUsuńWiem jaką wolność masz na myśli. To takie uczucie, które powoduje radość, chęć skakania do góry, dodaje mnóstwo energii ... Cudowne uczucie. :)
Fakt :) Ale powiem Ci, że ja nigdy nie lubię robić zdjęć takim widokom, nie lubię do nich wracać na obrazku, a jak wracam tam i mogę znów podziwiać to na żywo - to jakby być tam pierwszy raz w życiu :)
OdpowiedzUsuńWidoki jak z bajki, w pełni zazdroszczę, a pola lawendy wyglądają jak pędzlem malowane :)
OdpowiedzUsuńW sumie nie wiem czy gdzieś się tak czuję. Uwielbiam chodzić nad jezioro, ale z chłopakiem :)
OdpowiedzUsuńWow coś pięknego uwielbiam zapach lawendy <3
OdpowiedzUsuńJa jestem trochę takim samotnikiem i bardzo lubię wychodzić sobie na długie spacery ze słuchawkami w uszach;)
najlepiej przechodząc przez nie zaludnione przestrzenie ;)
pozdrawiam <3
Przepiekne zdjecia! Niesamowicie zazdroszcze tego pola z lawenda - jest to na liscie moich marzen :)
OdpowiedzUsuńA sam kanion wyglada jak z bajki!
Jejku, te pola lawendy, jak z pocztówki <3
OdpowiedzUsuńTwoja wypowiedź to bardzo istotna część tej strony, śmiało dodaj coś od siebie :))